Moja pierwsza ocena nieszablonowa... Troszkę się denerwuję, ale... raz się żyje!
Nie powiem – byłam bardzo mile zaskoczona, gdy ujrzałam, że
Chiyo (w mojej głowie TA Chiyo) chce ode mnie ocenę jej bloga. Lekko mnie to
zestresowało, ale potem stwierdziłam, że po prostu będę robić swoje niezależnie
od autora i tego, jak dobry jest w tym, co uskutecznia.
Dlatego też, wyznając tę zasadę od początku do końca,
przystępuję do oceny bloga Sukcesja.
Czytałam orędzie do oceniających i wiem, że adres „Sukcesja”
był już zajęty, więc wybrałaś inny… Cóż, na samym początku faktycznie mi to
przeszkadzało, bo wyznaję zasadę, że adres bloga to kawałek sukcesu: ma
przyciągać uwagę, wyróżniać się na tle innych, być owiany tajemnicą… Potem
stwierdziłam, że Twój adres mimo wszystko ma te cechy. Nie każdy Ciebie zna
(choć zdziwiłabym się, gdyby nie znał, obracając się na przykład w światku
ocenialni…), więc mógłby uznać, że adres bloga jest zamierzony. Ja jednak
odbieram go właśnie jako blog TEJ Chiyo, więc od razu wiem, z czym będę mieć do
czynienia. Rozpoznawalny, charakterystyczny i owiany tajemnicą. Wszystko się
zgadza!
Spodziewałam się bardzo głębokiego i wnikliwego cytatu na
belce, a w zamian dostaję… Kamyk w jeziorze. Piszę to, będąc już po lekturze
treści i wiem, o co chodzi, jednakże jestem mimo wszystko zwolenniczką
ciekawych cytatów, które stanowią dopełnienie adresu i kawałek wstępu w lekturę
całej treści.
Teraz może co nieco o grafice. Szablon niezwykle prosty,
niesprawiający jakichś większych problemów. Na blogu panuje porządek, wszystko
ma swoje miejsce. Razi mnie jednak, że rozdzielczość nie ta i nieco mi ucina
nagłówek na laptopie, jednak gdy czytałam na komputerze stacjonarnym, wszystko
było w porządku. To mały defekt, jednak ujdzie w tłumie. Kolorystyka współgra
ze sobą, cała szata przyciąga uwagę, nie odstrasza i nie nudzi się.
Nie mam nic więcej do powiedzenia na tematy czysto
techniczne, so… Go.
Zaczynamy więc rozmowę o treści. Nie jestem zbyt dobra w
pisaniu ocen nieszablonowych, więc wcale się nie zdziwię, jeśli przestaniesz w
pewnym momencie rozumieć mój bełkot. Mam tylko nadzieję, że w jakiś sposób
pomogę tą oceną. Nawet w minimalnym stopniu taka pomoc to zawsze jakieś
osiągnięcie.
Prolog przywitał mnie pozytywnym zaskoczeniem. Może moja
wiedza o klimacie indyjskim jest zerowa, ale dzięki Tobie ją nadgryzę, a co za
tym idzie – może mi się spodoba! W każdym razie w prologu przyciągnęła moją uwagę
rozmowa księcia młodszego z posłem. Gdy poseł opowiedział tę historię, jak miał
zostać ogrodnikiem, a za tym kryło się proste przesłanie… Mistrzowsko
rozegrane!
Dużo opisów, przede wszystkim nie męczą, wciągają, ociekają
szczegółami, co bardzo cenię i lubię. Same dialogi nie męczą. Widać wyraźnie,
że znasz się na rzeczy zarówno pod kątem technicznym pisarstwa, jak i
znajomości tematu, o którym piszesz.
Lektura zapowiada się wyśmienicie!
W pierwszym rozdziale poznajemy Anavati – domyślam się, że to
główna postać całej historii – oraz mistrza Endrasha, który nie spocznie, póki
dziewczyna nie osiągnie ogromnego sukcesu. Mamy jeszcze chłopaka – Jesharasa –
którego polubiłam, w sumie na razie jedynie z opisów, bo nie było go zbyt dużo
w tekście.
Podobają mi się te intrygi, knowania – widać, że każda akcja
musi wywołać odpowiednie reakcje, a co za tym idzie, falę różnorakich
następstw. Jednak jakich, z pewnością przekonam się wraz z postępem w czytaniu.
Twoje opisy są mistrzowskie, jak ja – szara myszka – mogę
oceniać taki majstersztyk?! Powinnam się od Ciebie uczyć, serio!
Podobają mi się mądrości mistrza Endrasha – przemawiają do
mnie, widać w tym sens. Cała ta sytuacja z Jaimą była dla mnie ogromnym
zaskoczeniem, tak samo jak to, że dziewczyny zaczęły się przepychać. Sama idea
pojedynków bardzo mnie zaciekawiła – przedstawiłaś to bardzo szczegółowo,
dzięki czemu mogłam to sobie wyobrazić, a co więcej – zapragnęłam lepiej poznać
kulturę indyjską.
Przez cały pojedynek gorąco liczyłam na to, że Anavati wygra,
więc jakież było moje zdziwienie, gdy tak się nie stało! Można by powiedzieć,
że byłam tak samo przepełniona wzburzeniem, jak Anavati. Ale, oczywiście,
mistrz Endrash uspokoił jak i ją, tak i mnie. Przez ten tekst przemawia ogromna
mądrość, co nieco mnie onieśmiela i nakazuje inaczej patrzeć na teksty, które
oceniam, jak i sama piszę… Respect,
że tak to ujmę.
Poznajemy kolejnych bohaterów historii, choć sądziłam, że
całość zamknie się na intrydze z prologu i na Anavati, a tu proszę – Upasna.
Nadal nie mogę przyzwyczaić się do jej imienia, jest cholernie dziwne! Ten Aran
mnie zaciekawił, mam cichą nadzieję, że będzie mieć większy wpływ na historię,
a co dalej – zobaczymy. Na razie nie wyrobiłam sobie o nich zdania, ale miło
jest patrzeć na tak kontrastujące ze sobą postaci pod względem nie tylko
wyglądu, ale przede wszystkim charakteru – to widać na pierwszy rzut oka,
choćby i z dialogów, co jednoznacznie może nam powiedzieć, że dobrze
wykreowałaś postaci.
Podoba mi się Twój sposób przedstawiania tej historii – dwa
różne światy, których życie toczy się równolegle, podkreślając kontrast
pomiędzy nimi. Anavati – dziewczyna, która chce spełnić marzenia i wspiąć się
na szczyty kariery. A także Upasna – dziewczyna, która wcale a wcale nie czuje
się kobietą, a bogowie chyba zapomnieli o niej, gdy rozdawali różne
umiejętności…
Nieco zdziwił mnie sposób, w jaki zostało przeprowadzone całe
swatanie. Owszem, widać było na pierwszy rzut oka, że para ma się ku sobie,
jednak… zabrakło mi opisania pewnej rzeczy, która nieco mnie razi i psuje cały
obraz tego wątku. Otóż… Dziewczęta swatają Hinati z Madialu, a gdy już się
przekonują, że oni faktycznie coś do siebie czują, od razu przechodzisz do
wątku ślubu. A gdzie tu akceptacja ze strony pary? Gdzie to zaskoczenie z ich
strony, gdy rodziny oznajmiają im, że mają wziąć ślub… Nie wiem, może to
kwestia mojej nieznajomości klimatów, ale po prostu to wygląda tak, że
postawiłaś nas już przed faktem dokonanym. Od tekstu zieje dziura. Mamy
swatanie i mamy ustalanie ślubu, nic pomiędzy, co zwróciło moją uwagę raczej
nie w ten pozytywny sposób.
Tak jak myślałam, postanowiłaś przeplatać historię Upasny i
Anavati, by w kulminacyjnym momencie w jakiś sposób ją połączyć. W jaki? Na
razie nie wiem, ale mam nadzieję, że już niedługo się dowiem, bo historia
zaczęła mnie wciągać bez reszty. Zwłaszcza że mistrz Endrash w końcu wykonał
swój ruch względem związku Anavati z Jesharasem.
Trochę rażą mnie kolokwializmy, jakich zdarza Ci się czasem
użyć w tekście. „Kiczowaty”, czy też „Wiało od tego nudą na setki kilometrów” –
w moim odczuciu nie pasuje to do… klimatu powieści, jaki stworzyłaś do tej
pory. To nieco kole, gdy piszesz tak mądre motta, jakimi nam sypnął mistrz
Endrash w szóstym rozdziale, aż tu nagle wkrada nam się tekst, że coś jest
kiczowate. To moje odczucie, ktoś może się z tym nie zgadzać, jednak… po prostu
zwróciłam na to uwagę, bo uważam, że mimo wszystko psuje ten egzotyczny klimat
powieści.
Nie spodziewałam się t
a k i e g o obrotu spraw. Że ojciec
Upasny będzie mieć wypadek, że poprosi o taką pomoc znachorkę… Jednak mimo wszystko widać, że dziewczyna dorasta.
Idealnie pokazałaś poprzez ten wątek, jak niekiedy bardzo ciężkie sprawy mają
ogromny wpływ na życie człowieka – jak zmieniają się, podejmują decyzje, na
które nie zgodziliby się jeszcze kilka miesięcy wcześniej.
Z kolei u Anavati także pokazałaś, jaki wpływ na życie ludzi
mają poniesione porażki – nie tylko zawodowe, ale też sercowe. Aż zżera mnie
ciekawość, co też Endrash nagadał temu chłopaczynie, że zrobił się taki zimny i
oschły wobec niej… I jestem ciekawa, czy dziewczyna dowie się, co jej mistrz
wykonał… Choć potem dowiadujemy się, że Anavati została doceniona przez samego
księcia młodszego! Co, coś czuję, także narobi niezłego bałaganu w życiu
studentki.
Pierwsza część, choć z początku w moich oczach bardzo
sceptycznie odebrana, tak teraz wciągnęła bez reszty i nakazała czym prędzej
doczytać drugą część, która, mam nadzieję, odpowie mi na wszystkie pytania,
które sobie zadaję po lekturze „Piórka na wietrze”.
„Kamyku w jeziorze” – nadchodzę!
Coś nam się zaczyna klarować – w końcu mamy połączenie wątku
Anavati i książąt, co mnie niezwykle ciekawiło już od ujrzenia prologu. Coś mi
się zdaje, że to będzie grubsza, większa sprawa, choć szkoda mi Anavati.
Polubiłam księcia Hamaren, tak trochę mnie razi jego… bezwzględność w dążeniu
do zdobycia tronu. Ale… to nadaje historii tej ciemniejszej strony, która jest
o wiele ciekawsza niż nudne romansidło!
Braciszek następca jednak nie jest taki głupi, za jakiego go
początkowo brałam. Myślę, że Hamaren tak łatwo nie wygra, ba! – może to nawet
przegrać, co wydaje mi się być nader ekscytującą opcją. Ale nie chcę gdybać,
jak na razie akcja zaczyna nabierać tempa, niektóre wątki powoli zaczynają się
klarować, a ja chcę jak najszybciej poznać, co będzie dalej!
Powiem szczerze, że przeżyłam lekki szok, gdy książę dziedzic
stał się na tyle otwarty, by pocałować Anavati, tudzież Kajrahę i zaproponować
to wszystko. A jeszcze większy szok przeżyłam, gdy wywiązała się ta głośna
rozmowa między mistrzem Endrashem a Anavati. Nie spodziewałam się, że ją
uderzy, tak samo jak nie spodziewałam się, że ona potrafi być aż tak wybuchowa.
I potem… Rany, Endrash to niezłe ziółko! Żeby tak wprost dziewczynie mówić, że
spanie z księciem w zamian za karierę to żaden problem… Chore, chore, chore!
Myślę jednak, że Anavati odegra w całej historii jakąś
kluczową, ważną rolę, choć szkoda mi jej niezmiernie, bo wpadła w sidła czegoś
większego – gry o tron – a po sadze Martina doskonale wiemy, że to bardzo
brutalna gra.
No to się porobiło… Jayanarya zaszalał i nie czeka na
dodatkowe zachęty, tylko od razu przechodzi do rzeczy, choć nie powiem, gdy
objął ją od tyłu w pasie, było to na swój sposób słodkie, zwłaszcza że
wyobraziłam to sobie w głowie. Jednak nadal bardzo żal mi Anavati. Seks nie
może być kartą przetargową do czegokolwiek, to okropne, straszne i w ogóle… Ale
wiem też, że takie jest życie i czasami tak już po prostu bywa.
Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie pozostałe kochanki księcia.
Traciłam już nadzieję na jakąś normalność wśród przepychu pałacu, a tu proszę!
– takie coś! Myślę, że Anavati ma szczęście i nie zwariuje w tym pałacu
wariatów, jednak nadal staram się główkować, jaką rolę odegra jej obecność tam,
z czego bardzo rad jest książę młodszy. Bo to, że książę dziedzic chce ją w
łóżku, to już wiemy, jednak o co tamtemu chodzi?
Przekonajmy się.
Myślę, że wszystko zaczyna się układać w konkretną całość. Pokazałaś
też klasę pisarstwa: sprawiłaś, że każdy zdążył polubić księcia dziedzica,
podczas gdy okazuje się, że mimo wszystko facet nie jest tak dobry jak wszyscy
sądzili. Zmiana o sto osiemdziesiąt stopni. Choć przyznam, że moment, w którym
Jayanarya przyszedł pijany do Anavati był jednym z tych przełomowych, gdzie
naprawdę go polubiłam i stwierdziłam, że w porządku z niego gość.
Zemsta. Anavati planuje się zemścić, a coś mi się zdaje, że
nie skończy się to za wesoło.
I Hamaren… Po trupach do celu – to jego dewiza na życie. I
pomimo tego coś nadal nakazuje mi go lubić. Chyba pierwsze wrażenie, jakie na
mnie zrobił, nadal się trzyma.
Och, w końcu Upasna! Już myślałam, że o niej zapomniałaś!
Gdybyś mogła zobaczyć moją minę po przeczytaniu kolejnych
części… Rany, nie spodziewałam się, że aż tak drastycznych kroków podejmują w
haremach, by nie mieć dzieciaków… Pomijając już mój szok, genialnie to opisałaś
– bardzo naturalnie, tak jak jest w rzeczywistości. I to mi się podoba, bo nie
krążysz wokół l tematu, nie starasz się jakoś zamaskować drastyczności, tylko
od razu walisz prosto z mostu, co jest dobre.
Przez cały rozdział głowiłam się nad tym, czym u licha
ciężkiego jest rehne. I gdy już traciłam nadzieję, by się tego dowiedzieć, w
końcu doznałam olśnienia za pomocą dalszej lektury! Utrzymałaś niezłą aurę
tajemniczości wokół rehne, ja niemalże pochylałam się nad ekranem, byleby jak
najszybciej poznać odpowiedź, choć podświadomie domyślałam się, co to może być.
I się nie pomyliłam. Ale samo oczekiwanie na odpowiedź sprawiło, że nie
potrafiłam się oderwać od komputera. Świetne budowanie napięcia!
Od „chmur i obłoków” wprowadzam też sprawdzanie błędów, może
coś uda mi się znaleźć.
1)
„Tak
niewiele wiedzieli o sobie nawzajem, ludzie z Reve’nante o narodach Caldeni i
narody Caldeni o nich, że jedni przypominali drugim obce byty spoza wszystkiego, co znane.” – przed „co” powinien być przecinek.
2)
„Znalazłszy się za
drzwiami, dziewczyna zdjęła chustę, po czym odetchnęła głęboko.” – zjadłaś
słowo.
3)
„— Nie
będę ci kłamał — rzekł wreszcie, pozwalając sobie na westchnięcie — Nie
mam pojęcia.” – Albo stawiamy kropkę na końcu zdania narracyjnego, albo
wybieramy opcję bez kropki, tyle że „nie” piszemy wtedy z małej litery.
4)
„— Kim
jesteś?! — Jayanarya złapał się za głowę; dźwięk przewracającej się fajki
poniósł się echem, do wtóru głosu.” – zbędny
przecinek
5)
„Ciało
spowijała bezkształtna, ciemna szata, ale po sposobie,
w jaki zwisała z ramion i w jaki układała się dookoła ciała – tak, dookoła, z
pewnością nie dotknęła żadnego kawałka skóry poza karkiem i ramionami –
domyślił się, iż pod spodem znajdował się ktoś niezwykle szczupły, może wręcz
chudy. Z pewnością nikt o kształtach bujnych ani nawet dziewczęcych.” –
powinien być przecinek po „sposobie”.
Och, to działanie rehne jest bardzo paskudne, ale w końcu
doszukałam się w treści tej powieści elementów fantastycznych! Bo gdzieś tak w
połowie zaczęłam się zastanawiać, gdzie tu u licha jest fantasy? A tu proszę,
takie halucynacje to gorsze niż po grzybkach! Przynajmniej nie goniły go różowe
truskawki z tasakami po kuchni, jak kumpla mojego kolegi…
W każdym razie coraz bardziej podoba mi się postać Adshrena,
tudzież Endrasha. Z jednej strony człowiek zaczyna go lubić, potem sprawiasz,
że człowiek ma ochotę go zadźgać tępą łyżką, a następnie znów czytelnik ma
ochotę uściskać tego gościa za jego dobroć, mimo że jest w to wszystko
wplątany. To chyba aktualnie moja ulubiona postać.
1)
„Hamaren
złożył listy i odłożył je na bok, na osobną kupkę, która nie była ani sprawami
do załatwienia, ani sprawami, którymi już
się zajął.” – zabrakło przecinka przed „którymi”.
2)
„Pomogę
ci nie wpaść z deszczu pod rynnę —
powiedział podczas ich ostatniego spotkania w Akademii.” – zjedzona literka.
Został przede mną jedynie epilog i mam bardzo mieszane
uczucia, bo czegoś zabrakło mi w tej historii… Rozwinięcia wątku Upasny – to na
pewno, jest cholernie niedokończony, bo skupiłaś się głównie na Anavati i
sprawie przejęcia władzy przez Hamarena… Sama akcja z rehne była… fajnie
poprowadzona, ale rozwiązana jakoś… prosto, bez elementu zaskoczenia, jakoś nie
powaliło mnie na kolana.
Może rozpiszę się na ten temat po skończeniu czytania
epilogu…
1)
„Szli
dróżką wiodącą na tyły pałacu, gdzie
znajdował się wysoki na piętnaście metrów marmurowy podest, gdzie od pokoleń palono królów Tali oraz ich
najbliższych.” – chyba trochę niezamierzone powtórzenie, jak mniemam. Nie brzmi
jak zamierzone w każdym razie.
2)
„Chyba najważniejsze,
aby myśleli, że nie żyje.” – przecinek przed „aby”.
3)
„No wiesz, ludzie rodzą się i umierają, jedni są
synami królów, a inni rolników.” – przecinek
przed „a”, to nie porównanie.
Okej, sam epilog także już za mną i, niestety, nadal mam
mieszane uczucia. Może nie tak bardzo jak przed, ale nadal mnie nie opuszczają.
Dlatego zastanowiłam się głębiej, dlaczego tak się stało i co sprawiło, że
polubiłam Twoją historię, jednak nie pokochałam jej całym sercem.
Gdy czytam naprawdę świetną powieść – nie musi być koniecznie
książką, bo wszyscy dobrze wiemy, że nie wszystkie książki powinny ujrzeć
światło dzienne na półkach Empiku, ale też powieści na blogach, odczuwam
ekscytację, coś mnie od środka nakręca, napędza własną wenę twórczą. A gdy
skończę czytać, mam ochotę powiedzieć na głos: „ o ja pierdolę, to było coś!”.
Tutaj… Była ekscytacja, było napięcie, ale… pod koniec to wszystko gdzieś
uleciało. I nie za bardzo wiem, gdzie to polazło, bo do pewnego momentu
wszystko układało się wyśmienicie, ja wychodziłam z siebie i stawałam obok,
byleby tylko móc wiedzieć, co będzie dalej, ale gdy przyszedł czas
rozwiązywania akcji, czar prysł. Gdzieś zniknęło to przysłowiowe pierdolnięcie,
które powinno towarzyszyć rozwiązaniu zagadki. Tutaj… Tego nie było. Odniosłam
wrażenie, że czytałam tekst, żeby czytać, bo przecież ja już wiedziałam, co się
stanie, jak to się skończy i… to nie było fajne. Może gdybyśmy nie znali tego
punktu widzenia Upasny, gdy Anavati przyszła do niej po rehne, coś by to
zmieniło.
Pomimo epilogu nadal odczuwam chorobliwą małość rozwinięcia
wątku Upasny. Troszkę za mało jej było w dalszych częściach, a więcej Anavati.
Jeżeli zdecydowałaś się na pokazanie też jej historii, powinnaś napisać więcej,
bo odczuwam to tak, jakbyś ją wykorzystała tylko do rehne i porzuciła,
wspominając ponownie w epilogu, żeby się czytelnicy nie czepiali i tyle.
Co można Ci przyznać, to milion niewiadomych po lekturze
całej historii. Myślę, że kontynuacja będzie najwłaściwszym rozwiązaniem tej
powieści, bo zostawianie tego tak jak jest teraz byłoby dużym… nietaktem z
Twojej strony. Na ten przykład może… Jak wyglądało dalsze życie pozostałych
kobiet haremu, jak się powiodło Endrashowi, co z Jesharasem i Anavati, co z
Upasną, Aranem, co z księciem niedoszłym dziedzicem i pozostałymi osobami z
haremu, które zostały z nim w chwilach… warzywnictwa… Okej, to zabrzmiało
głupio! W każdym razie znalazłabym jeszcze kilka mocnych, choćby i związanych z
Hamarenem, więc myślę, że powinnaś poważniej się zastanowić nad takową
możliwością.
Co więcej, tekst jest naprawdę zadbany – widać, że dużo dla
Ciebie znaczy, był na pewno wiele razy poprawiany i nadal wiem, że szukasz
błędów, by móc potem to wydać. Myślę, że odwaliłaś kawał dobrej roboty, bo
czytanie tak poprawnego technicznie tekstu stało się dla mnie ogromną
przyjemnością i w pewnym momencie przestałam zwracać uwagę na błędy, choć
powinnam je wyłapywać! Musiała się wracać i sprawdzać, czy czegoś nie
przeoczyłam, a to znak, że tekst naprawdę mnie wciągnął, był dobry i wart Tylku
przesiedzianych przed komputerem godzin.
Ogółem pomysł bardzo przypadł mi do gustu przede wszystkim ze
względu na oryginalność, której Ci nie brakuje. Bądźmy szczerzy: pierwszy raz w
życiu spotykam się z taką tematyką w powieści, w ogóle na blogach. Nigdy w
całej mojej karierze blogowicza nie spotkałam się z klimatami Wschodu. Od
samego początku do końca czytałam w ogromnym zaciekawieniu, chcąc lepiej poznać
te klimaty, tę kulturę, obyczaje… To była naprawdę fajna przygoda!
Znając mnie, zapomniałam o połowie rzeczy, które chciałam Ci
przekazać, więc prostszą sprawą będzie zachęcenie Cię do otwartej rozmowy na
temat tej oceny, by rozwinąć dany aspekt poruszony przeze mnie tutaj. Jeżeli coś
mi się przypomni, pewnie dopiszę, jednak teraz przejdę do pozostałych punktów
oceny, które mi pozostały.
Teraz zostały już tylko podstrony i podsumowanie.
Rzekłabym, że tego niby jest mało, ale jednak sporo.
Skrzętnie ukryłaś spore menu pod linkiem o tej samej wdzięcznej nazwie, gdzie
każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego. Ja na ten przykład uwielbiam wręcz
zaglądać do linków, by sprawdzić, co dany autor lubi czytać w wolnej chwili. Wszystko
ma swoje miejsce, widać, że zadbałaś o część techniczną treści: nic dodać, nic
ująć.
Myślę, że czas zakończyć tę ocenę. Sama odczuwam do siebie
pewną złość, bo zdaję sobie sprawę, że… ta ocena nie była wspaniała, nie była
dobra i na bank zawiera w sobie jakieś błędy, których ja nie zdążyłam wychwycić
w czasie pisania. Mam tylko małą nadzieję, że w jakiś sposób pomogłam: inaczej
spojrzeć na historię, przemyśleć temat, zwrócić uwagę na rzeczy, których
wcześniej nie dostrzegałaś. Innymi słowy: w minimalnym stopniu na cokolwiek.
Nie czuję, żebym zmarnowała ten czas, jak wiele razy czuję,
oceniając gorsze blogi. To była wspaniała lektura, dała mi sporo do myślenia,
pokazała coś nowego i zachęciła do poznania innych kierunków. Myślę, że wiele
autorów powinno brać z Ciebie przykład i dbać w ten sposób o historię, o bloga,
o część techniczną. W pewnym stopniu pokazuje to profesjonalność podejścia do
tematu.
Cóż mogłabym rzec: dziękuję, że dałaś mi możliwość poznania
Twojego pisarstwa, Twojej historii, Twoich bohaterów. I oby do następnego!
Ocena: bardzo dobry (5)
***
W szkole zaczyna się powoli uspokajać, ocenę pierwszego bloga z kolejki powoli kończę, więc spokojnie! - jest dobrze :)