poniedziałek, 29 lipca 2013

Koniec z LK

Ocenialnia została zamknięta.
Wszystkim dziękujemy za te 4 lata, które ostatnio obchodziliśmy, ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy.
Szersze wyjaśnienia znaleźć można pod TYM linkiem.


Do zobaczenia, kochani i dziękujemy za wszystko!

Wyjaśnienia i przeprosiny

Pewnie jak przeczytacie tytuł postu, to wiele osób pomyśli sobie: "O-ho! Czułem, że tak będzie!"
A ja nie, wiecie?
Gdy w końcu zakończyłam trzeci rok nauki w technikum i przede mną stała perspektywa spędzenia całych dwóch miesięcy w cudownym towarzystwie, w cudownych miejscach, nie sądziłam, że moje życie tak się... spieprzy. Po ludzku się moje życie spieprzyło i nie widzę aktualnie żadnych pozytywnych perspektyw. Więc aktualnie oddanie ocen to ostatnia z rzeczy, o jakich myślę każdego dnia.
Wychodzę z domu przed 7 rano, a wracam koło 17-18; jestem padnięta, bo nie wykonuję lekkiej pracy, a jedynym dniem wolnym jest niedziela i, serio, gdy zapieprzacie przez cały tydzień, w ten jeden wolny dzień pragniecie zrobić WSZYSTKO. W tym i wyspać się do oporu, odpocząć, poczytać, pograć, porobić zdjęcia, obrobić zdjęcia, popisać... no, słowem wszystko to, co kochacie i lubicie robić.
W moim grafiku nie ma miejsca na skończenie ocen, na rozpoczęcie oceniania tego ostatniego bloga. W sumie mało co siedzi aktualnie w moim grafiku, bo te wieczory po pracy spędzam, nie robiąc praktycznie nic, bo jestem zbyt zmęczona, żeby wykrzesać z siebie chęci na zrobienie czegoś jeszcze.
Uwierzcie mi, miałam dobre chęci, pierwsze dwa blogi z mojej kolejki przeczytałam w całości, ocenę pierwszego mam, i to w sporym kawałku. Ale nie mogę tego skończyć, nie mam czasu... nie chce mi się, najzwyczajniej w świecie. Bo gdy przede mną stoi perspektywa pójścia wcześniej spać lub napisania oceny na ocenialnię, wybieram bez wahania spanie.
Chciałam je ocenić, pragnęłam to zrobić, pragnęłam doprowadzić sprawę do końca. Ale już nie mogę, zbyt dużo się dzieje w moim życiu, żebym mogła to ogarnąć i dodatkowo zrobić jeszcze to. A żeby było mało zmartwień, w piątek miałam wypadek samochodowy i dopiero dzisiaj zaczynam coraz mocniej odczuwać skutki - ledwo ruszam szyją, muszę ją smarować i lekarz odradza mi wszelakie sporty.
Naprawdę, odnoszę wrażenie, że w moim życiu było zbyt pięknie, więc los zaczął wrzucać pod nogi kłody - jedna większa od drugiej. I jedna gorsza od drugiej. 
A już za chwilę matura, już za chwilę kolejne trudne wybory: studia, poszukiwania pracy, co w Warszawie praktycznie graniczy z niemożliwym...
Nie wiem, co mogłabym jeszcze napisać na swoje usprawiedliwienie, choć nie czuję się w żaden sposób winna. Mam po prostu... wyrzuty sumienia, że nie dałam rady, że jest, jak jest...
Jako zadośćuczynienie wrzucam tutaj to, co znalazłoby się w ocenach. Kilka rad ode mnie, żeby nie zapamiętać tego miejsca w negatywny sposób, choć czuję, że i tak się to stanie, nawet bez tego, co Wam oferuję...

Co oprócz tego: 
  • dwa rozdziały w siódmej części - posklejały się wyrazy, w wolnej chwili popraw to, jeśli zostajesz na Onecie. Z pewnością ułatwi to zadanie innym czytelnikom;
  • często wpadają do tekstu literówki, ale to naturalna kolej rzeczy, czasem mogą się zdarzyć;
  • z dialogami coś się posypało. Nie widziałam spacji przy myślnikach, w ogóle myślniki były nie takie, jakie być powinny. Dialogi rozpoczynamy albo "—" lub "–". "-" jest używany do rozdzielania wyrazów, jak na przykład czarno-biały. Druga sprawa to taka, że masz złą budowę techniczną dialogów. Wykorzystam standardowy przykład, żeby wyjaśnić, o co mi chodzi:

  - Zjedz to jabłko – powiedziała kobieta stanowczym tonem, patrząc surowym wzrokiem na swą córkę.

Tutaj mamy do czynienia z brakiem kropki na końcu wypowiedzi postaci, ponieważ słowo po myślniku określa nam, w jaki sposób bohater wypowiedział to zdanie. Wszelakie „powiedziała, mruknęła, warknęła, jęknęła, wycharczała, wyszeptała, itd.” Piszemy z małej litery. Dotyczy to także wszystkich pozostałych znaków interpunkcyjnych, jakie mogą wystąpić na końcu zdania.


- Zjedz to jabłko. – Kobieta spojrzała surowym wzrokiem na swą córkę, podając nastolatce owoc do ręki.

Tutaj, jak widzisz, nie wystąpiło słowo określające nam, w jaki sposób bohater wypowiedział swoją kwestię, więc stawiamy kropkę, a słowo po myślniku rozpoczynamy od wielkiej litery.

 To chyba tyle, jeśli chodzi o moje uwagi, jakie zdążyłam wyłapać w tekście, Ogółem blog zaliczyłby się na mocną piątkę, bo to kawał świetnej historii, która z tomu na tom okazywała się być lepsza, dojrzalsza i jeszcze bardziej wciągająca.

Elle - Twoja historia wciągnęła mnie bez reszty, pochłonęłam ją w niecały tydzień całą, jednak zabrakło mi już czasu, żeby napisać ocenę. Powiem więcej - przeczytałam także drugą powieść Twojego autorstwa i muszę przyznać, że potrafisz oczarować czytelnika. Jestem do reszty zachwycona historią i cholernie żałuję, że już się skończyła. Pocieszam się myślą, że jest jeszcze Utracony cel... W każdym razie nie doszukałam się w Twoim tekście większych błędów poza literówkami, które wkradały się do tekstu od czasu do czasu, ale to się zdarza, oczywiście.  Myślę, że Twój blog miałby szansę na szóstkę, praktycznie nic mu nie brakuje. Jest naprawdę super i już od dłuższego jestem stałą czytelniczką Twoich blogów!


Kunik - kiedyś tam zaczęłam czytać, ale potem porzuciłam ten pomysł, bo wiedziałam, że to będzie grubsza sprawa... W każdym razie, żeby nie było, że zostawię Cię z niczym, choć czekałaś na ocenę bardzo długo (jak każdy zresztą...), postanowiłam rzucić garścią rad, jakie nasuwają mi się, gdy widzę najnowsze rozdziały:
  •  przed "-ąc" stawiamy przecinki. 
  • Nie widzę wcięć - akapitów. Każda nowa myśl niezwiązana w żaden sposób z poprzednim zdaniem zaczyna się od nowego akapitu, także dialogi się do tego zaliczają, ale musi być wcięcie. W Wordzie istnieje linijka - wystarczy na górnej linijce przesunąć przed rozpoczęciem pisania o tyle, ile człowiek uzna za stosowne i gotowe! - wcięcia będę robić się same.
  • Złe myślniki w dialogach. Już tłumaczę, który jest od czego: Dialogi rozpoczynamy albo "—" lub "–". "-" jest używany do rozdzielania wyrazów, jak na przykład czarno-biały.
  •  dialogi. Budowa techniczna dialogów jest zła, dlatego ponownie odwołuję się do swojego popisowego i jakże prostego przykładu, który wytłumaczy, z czym, co się tutaj je:
      - Zjedz to jabłko – powiedziała kobieta stanowczym tonem, patrząc surowym wzrokiem na swą córkę.

    Tutaj mamy do czynienia z brakiem kropki na końcu wypowiedzi postaci, ponieważ słowo po myślniku określa nam, w jaki sposób bohater wypowiedział to zdanie. Wszelakie „powiedziała, mruknęła, warknęła, jęknęła, wycharczała, wyszeptała, itd.” Piszemy z małej litery. Dotyczy to także wszystkich pozostałych znaków interpunkcyjnych, jakie mogą wystąpić na końcu zdania.


    - Zjedz to jabłko. – Kobieta spojrzała surowym wzrokiem na swą córkę, podając nastolatce owoc do ręki.

    Tutaj, jak widzisz, nie wystąpiło słowo określające nam, w jaki sposób bohater wypowiedział swoją kwestię, więc stawiamy kropkę, a słowo po myślniku rozpoczynamy od wielkiej litery. 
Niestety nie mam jak sprawdzić większej iloci błędów, które masz w tekście, ale widzę, że jakieś są. Dlatego mogę jedynie zaoferować się, że w razie wątpliwości lub pytań śmiało pisz - pomogę. W każdym razie, gdy patrzę na tekst, wiem, że jeszcze sporo nauki przed Tobą, ale, oczywiście, jeżeli nie wiążesz z tym żadnej przyszłości, może zostać tak jak jest :)

A teraz kilka słów do blogów z innych kolejek:
Aura z Sekretu kruka - pisałam do Aity jakiś tydzień temu lub więcej, czy odda ocenę, ale do tej pory nie dostałam żadnej informacji. Choć pamiętam, że na początku czerwca mówiła mi, że odda tę ocenę... Cóż... Chyba jej milczenie jest wystarczającą odpowiedzią, także więc... Oceny brak. Choć na ocenialni widnieje zapisany post z dużym kawałkiem oceny, więc nie wiem, co z tym fantem zrobić... W każdym razie na dzień dzisiejszy raczej oceny nie będzie.

Deus ex machina oraz it-never-ends-well - cóż, raczej spodziewałam się, że tych ocen nikt już nie napisze, więc mówię raczej rzecz oczywistą - ocen brak.



_________________________________________________________________

 Pozostaje mi tylko pożegnać się ze wszystkimi, zostawić kilka linków, gdzie możecie mnie znaleźć i... do napisania? 
War Of Dragons | Pieces Of Soul | Fan Page | Photoblog | Twitter 

Ocena dla Nanshunyo



Początkowo miałam spore opory przed czytaniem tego. Owszem, zwalałam całą winę na to, że czytałam wyrywkowo w autobusie, potem na lekcjach w szkole, gdzie mi ciągle ktoś przerywał. Ale w końcu, gdy zaczęłam chorować, usiadłam jeszcze raz i jak już mnie wciągnęło… tak skończyłam dopiero na trzeciej części i postanowiłam zacząć pisać, by niczego nie zapomnieć.
O wiele łatwiej było mi to wszystko czytać, nie zwracając uwagi na błędy, które swoją drogą zdarzały się bardzo rzadko. Przede wszystkim, co mi się spodobało – wciągnęło bez reszty. Gdy chciałam przerwać to czytałam dalej, bo byłam cholernie ciekawa, jak dalej potoczy się akcja. I nie przeszkadzał mi nawet fakt, że mój telefon umierał gdzieś tak w połowie – ściągałam laptopa do łóżka, podłączałam telefon i czytałam do końca części, by czym prędzej zacząć następną.
Napisałaś mi na komunikatorze, że zdania na temat tej historii są bardzo podzielone – jedni mówią, tak jak ja, że to wciąga i bardzo ciekawi. Inni – nudne i powtarzalne. I to dało mi do myślenia. Wysiliłam mózgownicę, zaczęłam kombinować i… szczerze powiedziawszy to nic nie udało mi się wymyślić, bo nie przypominam sobie, żebym czytała kiedykolwiek o podobnym pomyśle. Owszem, ktoś może stwierdzić, że ma jakieś cechy wspólne z książkami o magach Trudi Canavan, ale to tak, jakby ktoś mi zarzucił, że moja historia o smokach jest łudząco podobna do Eragona Paoliniego, który tak naprawdę nie był pierwszym, który pisał o smoczych jeźdźcach. Albo to ja jeszcze zbyt mało książek przeczytałam, by móc rzetelnie oceniać fantastykę… W każdym razie spróbuję, żeby nie było…
Z początku podeszłam do całości nieco zbyt sceptycznie. Dwójka osób, chcą dobrowolnie zamieszkać w górach, gdzie nie będą mieć dobrego dostępu do cywilizacji. Zaczęło mnie to mocno zastanawiać, zwłaszcza że w górach mieszkały potwory, jakimi straszy się dzieci w bajkach na dobranoc. Potem pojawił się wątek kupców, którzy zdecydowali się kierować przez te właśnie góry, by nadrobić czas i zdążyć przed innymi karawanami. I jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że potwory nie są aż tak straszne, jak się tego każdy spodziewał! Co więcej – były tak słodziutkie, iż chciały się przytulać, być głaskane i karmione. To było dziwne, ale też z drugiej strony nawet fajne, bo nie taki diabeł straszny, jak go opisują, mimo wszystko.
Podobało mi się, w jaki sposób opisałaś stosunki przyjacielskie kupców – było wesoło, swojsko i przyjemnie. Jednak gdy wątki wędrówki i przekazywania kamieni zaczęły się powtarzać, szybko zadałam sobie pytanie: czy cała historia będzie opierać się na tym? Jeżeli tak, umrę z nudów! Ale szybko okazało się, że nie. Bowiem w swojskiej chatce na wzgórzu źle się działo i rodzinka postanowiła oddać Crystal do miasta, by czegoś się nauczyła.
Trochę razi mnie sposób, w jaki pożegnałaś ze sobą ojca i córkę. Dopiero po chwili zorientowałam się, że tatuś sobie poszedł, a Crystal po prostu stała i się patrzyła za nim. Zero czułości, żadnych słów otuchy – po prostu oddał ją jak klejnoty i polazł z powrotem. Ja bym widziała to trochę tak, że w drodze do karawany ojczulek ją poprosi, by się dobrze sprawowała, jakieś słowa otuchy czy coś…
Ale przynajmniej coś zaczęło się dziać.
Ich podróże minęły mi dość szybko, szybko przeczytałam wątek samego wjazdu do Kars, aż w końcu dotrwałam do opisu przekazania klejnotów w siedzibie Strażników. I tutaj było już naprawdę cudownie – trzymasz czytelnika w niepewności, po czym przechodzisz od razu do akcji, dzięki czemu prawie wytrzeszczałam tam oczy na ten ekran, byle tylko przeczytać, jak to wszystko się skończy. Fajnie to rozegrałaś – zabranie Crystal z Rustanem, potem rozmowa z Sytmosem i zdjęcie wisiorka od Crystal. Ale był wybuch! Z opisami nie masz żadnych problemów, bo opisałaś to wszystko na tyle dobrze, że mogłam sobie wyobrazić, jak ta podłoga się zawaliła wraz z tarasem.
Z początku zastanawiałam się nad sensem tytułu, ale wraz z dalszą lekturą i pojawianiem się kolejnych dziewczynek, zrozumiałam, że to one są tymi trzema klejnotami. Już same ich imiona nam o tym mówią. Jestem tylko ciekawa, jak wielką rolę odegrają w następnych częściach, bo jak na razie sobie są i tyle. Ale z drugiej strony wiem, że na pewno coś w końcu zacznie się dziać i cała trójeczka odegra jakąś większą rolę w czymś dużo większym. I odnoszę lekkie wrażenie, iż moja pisanina jest nieco chaotyczna… Niecodziennie wszakże piszę nieszablonowe oceny, w dodatku tak długiego tworu i… piszę to, co aktualnie myślę, więc musisz mi wybaczyć pozorny brak sensu w tym bełkocie.
Kolejna rzecz, która mnie nieco zraziła… Nie opisałaś praktycznie nic, jeśli chodzi o naukę Crystal w Bractwie. Owszem, nie każę Ci opisywać całego toku nauki jak zrobiła to Rowling z Potterem, ale chociaż kilka lekcji, przykładowych, by czytelnicy zaznajomili się z Twoim światem i tym, jak Ty to sobie wyobrażasz. Tak, tego zdecydowanie mi zabrakło, bo w drugiej części mam już Crystal za strażniczkę i to mi się nie spodobało, bo nie wiem, jak jej nauka przebiegła, czy sobie radziła i inne takie pierdoły. Nie mówię też, że nic kompletnie nie opisałaś, bo ten motyw z drzewem był dobry, jednak samych lekcji w salach czy w komnatach – tego nie było i to bym chciała ujrzeć.
Rustan i jego podróż z karawaną oraz Strażniczką. Tego, szczerze powiedziawszy, w ogóle się nie spodziewałam. Sądziłam, że Bractwo musi wyrazić zgodę na jej wyjazd z Rustanem, a ona od słowa do słowa tak po prostu się zgodziła i nim się obejrzałam, a radośnie wędrowali przez krainę w stronę gór, zostawiając za sobą Kars. A potem, gdy on podszedł do tego zwierzęcia i ono… Och, to było mocne! Aż się zachłysnęłam herbatą i zakrztusiłam, czytając to. A potem wybałuszyłam oczy i czytałam z ręką na sercu, widząc oczami wyobraźni całą masakrę i niedowierzając, że tak się cała sytuacja odmieniła o sto osiemdziesiąt stopni. Tyle że, zaczynając aktualnie czwartą część, nadal nie wyjaśniła się sprawa Rustana. Bo znalazł go Shadite, jak dobrze pamiętam i okazało się nagle, że kotek umie mówić! To też było nieco chaotyczne, bo wprowadziłaś czytelnika z jednej niezłej rzeczy w kolejną, przez co może czuć się zaskoczony i nieco skołowany ilością nowych informacji oraz zdarzeń. Ale pomińmy ten fakt i zaznaczmy: o Rustanie wszelki słuch zaginął, CHOĆ – widzę jakieś niejasne przebłyski czegoś, co może być nim. Mam tu na myśli krótki fragment, z czwartej części, początku tak właściwie, gdzie jakiś potwór sobie wędruje i przestraszył dziewkę nad strumieniem, spieszącą wypełnić swoje obowiązki, bo kobita jakaś rodziła. I to mi nasunęło myśl: a może w końcu coś się ruszy z wątkiem Rustana? Trochę żałuję, że nie przeplotłaś jego wątku wcześniej, by czytelnik tak do końca o nim nie zapomniał.
Okej, przejdźmy dalej – część druga, a w niej powrót Crystal do rodzinnych stron i chęć zabrania sióstr i reszty rodziny do miasta. Jakież było jej zdziwienie, gdy ujrzała te ruiny! Och, aż oczami wyobraźni widziałam tę tragedię. Oczywiście nie powinniśmy zapominać o samej śmierci rodziców, której tak do końca nie wyjaśniłaś. Bo słowem nie wspomniałaś w późniejszych tomach, jaki to był kamień i co mogło ich zabić. Dokończenia tego wątku też mi zabrakło.
Podoba mi się niechęć Opal do tego wszystkiego, choć ciągle śmiać mi się chciało, gdy ci żołnierze nie potrafili się oprzeć ciałku dziewczyny, które, jak to zgrabnie opisałaś, było kuszące i gorące. W każdym razie Opal przypadła mi do gustu pod tym względem, że nie próbowałaś robić z niej na siłę wspaniałej, doskonałej i niezwyciężonej – wręcz przeciwnie, wychodziło na to, jakoby ona była najgorsza z trzech sióstr. Owszem, cała akcja skupiła się na niej, ale to i lepiej – miało to jakiś cel, a na to się zgadzam, o tak.
Nie wiem dlaczego, ale od początku gorąco kibicuję Opal i Nikh’aenowi. Serio. Ten Anzel mnie bardzo irytował, a gdy postradał zmysły i zginął, nawet troszkę się cieszyłam. Choć dzięki jego postaci pokazałaś, że nie wszyscy muszą być piękni, zgrabni i powabni, by być Strażnikami. Choć on akurat talentu wielkiego też nie miał. Ale ten fakt możemy pominąć – cieszę się, że już go nie ma i nawet jeśli, pisząc to, jestem w połowie 5 tomu, to nadal gorąco kibicuję Nikh’aenowi.
No dobrze, powinniśmy przejść dalej. Gdy Opal i Ruby trafiły w końcu na nauki, działo się kilka ciekawych rzeczy jak na przykład to, że Opal… niewiele umiała. Dopiero potem zaczęto odkrywać jej potencjał, choć był on dziwny w porównaniu do innych akolitów. Zdarzył się też wypadek z klejnotem, który dziewczyna powstrzymała. I co mi się podobało w tym wszystkim? Opisy. Bardzo dobrze wszystko opisujesz, ale to pewnie już wiesz, bo ciągle Ci to powtarzam, ale pewnie będę jeszcze się powtarzać, więc musisz po prostu się do tego przyzwyczaić. Dobrze wszystko wyjaśniasz, czytelnik jest w stanie uczyć się razem z Opal tych wszystkich informacji, jakie zostały jej przekazane na przykład po wypadku – co to są klejnoty zapisane, a co to niezapisane. Tutaj na wierzch wychodzi to, jak dobrze zarysowałaś fabułę i jak dobrze przemyślałaś całą historię.
Myślę, że w trzecim tomie zaczęło się coś dziać. Wątek z magiem poprowadzony po mistrzowsku, wciągnął mnie bez reszty. To chyba jedyny tom, którzy przeczytałam w niecałe dwa dni. Można by powiedzieć, że wciągnęłam go nosem. Dobrze opisana różnica między strażnikami a mieszkańcami wioski – chodzi mi na przykład o język. Wieśniacy „godoli’ po swojemu, a strażnicy mieli czystą, dobrą wymowę. Kolejna bardzo dobrze napisana rzecz.
Bardzo fajnie napisałaś wątek przywiezienia rannego do Bractwa. To, jak rozsadziła go moc, jak zabił wszystkich najbliższych strażników i jak Opal wraz z innymi kierowała się w tamtą stronę, by zobaczyć, co się dokładnie stało. A potem, jak uspokoiła szalejącą magię i całą akcję z mizerykordią… Rany, ten tom naprawdę należy do jednego z najlepszych, jakie napisałaś, naprawdę!
Wyprawa w góry także napawała mnie ekscytacją, bo wiedziałam, że świetnie poradzisz sobie z opisaniem walki z magiem, który… cóż… jest mały i bezbronny. To było na swój sposób niesamowite, gdy Opal w końcu udało się tam podejść, wziąć to dziecko na ręce i stwierdzić, że nie, nie zabije go, bo przecież to tylko niewinne, małe dzieciątko. Przez moment bałam się, że faktycznie nic takiego się nie zdarzy, a ona nie odda tego dziecka, tylko będzie je trzymać, ale potem… Ach, potrafisz utrzymać tak ogromne napięcie!
I na scenę wkracza Kathryn. To chyba jedna z moich ulubionych postaci tutaj. Ma kobita charakter, potrafiła to udowodnić nie raz, co przyciągnęło moją uwagę. Lubię tak mocne charaktery wśród postaci żeńskich, naprawdę. Dzięki temu człowiek zawsze może zostać miło zaskoczony, gdy taka postać zrobi lub powie coś, czego byśmy się po niej nie spodziewali. Było mi jej cholernie szkoda, gdy się okazało, że tak mocno ucierpiała w starciu z dzikim magiem i miałam nadzieję, że jakoś wydobrzeje.
Zaimponowała mi postawa Opal, gdy zebrała szczątki przywódcy wojowników i go pochowała. To było naprawdę niesamowicie napisane, można powiedzieć, że na swój sposób wzruszyło.
Co niesamowite, potrafisz naprawdę bardzo szczegółowo opisywać różne sytuacje. Jak ta z tym potworem w mieście, gdy strażnicy w mieście mieli z nim bardzo bliskie spotkanie albo z tą odźwierną. Cała ta akcja z potworem opisana naprawdę wciągająco, ciekawie, a przede wszystkim zapada to w pamięć.
Kolejne świetnie opisane sceny, które mnie urzekły: z potworem Elize w ogrodach oraz z jeziorem w podziemiach. Każdą z sytuacji czytałam wręcz z zapartym tchem, przekonując się, że lektura tej powieści stała się ogromną przyjemnością, świetnym oderwaniem się od przyziemnych spraw, relaksem na wiele lekcji w szkole. I najciekawszy moment w całej powieści…
Opal magiem.
Ach, to dopiero było coś! Oczywiście od kilku rozdziałów podejrzewałam, że coś jest nie tak, że chyba jednak Opal jest inna niż Strażnicy, ale że mag? I to dorosły? Świetnie rozegrane! Jak zawsze opis z akcji rozgrywającej się nad Jeziorem świetnie napisany, zachwycił mnie i pobudził wyobraźnię, dzięki czemu mogłam sobie dobrze wyobrazić, co tam się działo. Nie ma nic piękniejszego niż barwne, oddziałujące na umysł czytelnika opisy!
Niestety nie zaskoczyłaś mnie, gdy okazało się, że nie zabiją Opal. Przecież dziwnym by było pisanie kolejnych części powieści, gdyby ją zlikwidowano z powodu bycia magiem. Na pewno jednak nie spodziewałam się tak radykalnego rozwiązania jak zablokowanie jej mocy. Wygaszenie, tak to się nazywa, prawda? Tak, to na pewno był w jakiś sposób element zaskoczenia, ale tak jak mówiłam – byłabym bardzo zdziwiona, gdyby dziewczyna została zabita.

niedziela, 9 czerwca 2013

4 urodziny LK!

Każdy musi przyznać, że 4 lata to szmat czasu. Zawsze uważałam, że będę na tej ocenialni do samego końca, nigdy jej nie opuszczę... Jak łatwo zmienia się życie człowieka...
Chciałabym w tym miejscu podziękować każdej oceniającej, jaka przewinęła się w ciągu tych minionych lat, każdej osobie oczekującej na ocenę bloga, każdemu czytelnikowi, który pokochał to miejsce, tę ekipę... Nawet jeśli ocenialnia niedługo zostanie zamknięta na amen, nawet jeśli my odejdziemy i zajmiemy się własnymi blogami, własnym życiem - mam nadzieję, że będziecie pamiętać o LK. 

Amira odeszła już z ocenialni, zostało mało blogów do oceny, więc myślę, że niedługo stąd znikniemy. Może nie na zawsze ze świata blogowego, ale z ocenialnianego pewnie tak. 
Szkoda, że tak to musiało się skończyć, ale wszystko co dobre kiedyś się kończy.

Jeszcze raz dziękuję każdej osobie z osobna, która miała jakiś wkład w tę stronę - bez Was LK nie dożyłoby 4 urodzin! :)

sobota, 8 czerwca 2013

Odmowa oceny bloga: whatsername.mylog.pl

Odmowa oceny bloga:


Powód:

Nie działają odnośniki w menu, w tym i ten z linkami, a co za tym idzie: brak odnośnika do Literackiej Krytyki.

Odmowa oceny bloga: my-red-sky.blogspot.com

Odmowa oceny bloga:


Powód:

Brak odnośnika do Literackiej Krytyki, ponadto nie ma dostępu do wszystkich rozdziałów powieści.

niedziela, 2 czerwca 2013

[564] dziecko-prawdy.blogspot.com



Pierwsze wrażenie
Pozytywne. Ogólnie. Bo pewnym czasie monotonność kolorystyczna szablonu zaczyna nieco działać na nerwy, ale to chyba dlatego, że nie lubię, jak wszystko jest tak podobne, że zaczyna mi się zlewać w jedno. Wszystko jest, gdzie być powinno. Nie ma na co narzekać, jednak nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. I trafiło na kolory. Nie będę się nad tym rozwodzić, bo kolorystyka bloga to sprawa autorki, a jak mi się nie podoba, to mówi się trudno i żyje dalej.
Pochwalić jednak mogę nagłówek szablonu. Na pierwszy rzut oka jest to nieogarnięty misz-masz, gdzie nic do niczego nie pasuje, ale mi się podoba. Dużo nie znaczy źle, jeśli potrafi się wszystko trzymać pod kontrolą. A klimat, jaki panuje na sklejonych obrazkach, zdecydowanie mi się podoba. Tajemnice, zagadki, stare zamki, zegar… Ten mały cytacik koło zegara nie rzuca się w oczy i w sumie nic nie wnosi do szablonu. Równie dobrze mogłoby go nie być i wszystko wciąż wyglądałoby fajnie. Ale jeśli już, to powinien być trochę większy, bo wtapia się w tło i może nie każdy go zauważy na pierwszy rzut oka.
Co dalej. Po lewej treść właściwa, po prawej spis rozdziałów, kilka odnośników, które utrzymują porządek. Całkiem przyjemnie.
Ale te kolory… Są takie monotonne.
Adres. Niby oryginalny, a jednak mam jeszcze jednego bloga ze słowem „prawda” (teraz już nie, ale on tam był). I jak tak stoją sobie bliziutko w tej mojej niewielkiej kolejce, to strasznie bije mnie to po oczach. Ogólnie jednak brzmi dość ciekawie, chociaż nie jestem pewna, czy na tyle, żeby zachęcić mnie do wejścia jako postronnego gapia.
Cytat na belce jest ładny. Nie wiem, jak nawiązuje do treści, ale mam nadzieję niedługo się przekonać.
7/10

Szata graficzna + Podstrony
Trudne do nazwania kolory. Ni to brąz, ni to fiolet…  Takie pomieszanie z poplątaniem z dodatkiem odrobiny beżu dla rozjaśnienia, rozsmarowane na całym blogu. Osobiście jestem zwolenniczką różnorodności kolorystycznej, bo taka jednolita szata graficzna szybko mnie nudzi. Ale zostawmy już barwy, a skupmy się na szczegółach.
Nagłówek mnie urzekł. Początkowo ta dziewczyna psuła mi jego nastrój, ale potem nawet się do niej przekonałam. Chociaż wciąż mam jej za złe, że nie wygląda tak, jak powinna. Jest ubrana tak nowocześnie, modnie, a za nią co? Stare zamki. Przecież ona powinna mieć na sobie jakąś piękną suknię, a nie skórzaną kurtkę i taką dziwną spódniczkę. Chociaż może ubiór bohaterki na tle reszty nagłówka ma mi sugerować, że będzie ona podróżowała w czasie? Intrygujące.
Jeśli chodzi o treść bloga, to nie narzekam. Litery są odpowiedniej wielkości, koloru, łatwo czytelne. Czyli jest dobrze. Po prawej idealnie, wręcz pedantycznie, uporządkowane menu. Linki w Nawigacji są ułożone w kolejności od najdłuższego do najkrótszego, co daje ładny efekt. Aczkolwiek odnośnik do strony głównej chyba nie jest potrzebny, skoro kliknięcie w nagłówek ma właśnie za zadanie przenieść czytelnika na stronę główną. Ale to już zostawiamy Autorce. Jej blog, jej porządek.
Po krótkim zapoznaniu się z zakładką Opowiadanie stwierdzam, że będzie ciekawie. Niewyjaśnione okoliczności to jeden z moich ulubionych zwrotów. Zapowiada kłopoty, ale i fascynującą przygodę.
Bohaterowie. Nie jestem zwolenniczką dodawania zdjęć do opisów. Wygląd bohatera powinien pozostać sprawą czytającego i jego wyobraźni. Już na samym początku czytania opisów zaczynam się śmiać. A dlaczego? „Nieznacznie przerzedziłam je palcami” zasugerowało mi, że Lizz wyrwała sobie palcami całkiem sporo włosów. Jestem pewna, że chodziło Ci o „przeczesanie” włosów palcami. Przerzedzania nikomu nie polecamy. Doczytując kolejne zdania mam wrażenie, że jest coraz gorzej. Nietuzinkowość naszej bohaterki ma niby przedstawiać się w tym, że spóźnia się na lekcje i jest egoistką, nieczułą na ludzką krzywdę? Nie zapomnijmy przy tym dodać o długich do połowy ud włosach oraz zamiłowaniu do koloru fioletowego. A i przyjaciele-geje zapewne również dodają jej oryginalności. Dorzućmy do tego ptakofobię i nienawiść do bezbronnych kotków. Pierwsze wrażenie, które było bardzo pozytywne, zaczyna uciekać. Co dalej… Wzruszające, powalające opisy Radforda. Już wiem, że jest międzygalaktycznym pedałem o szmaragdowych oczach i potrafi mknąć niczym gazela.
Język, którym piszesz, powinien być adekwatny do czasów. Takie opisy w niektórych sytuacjach wywołują efekt komiczny, zamiast wprowadzać podniosły nastrój, jak zapewne Autorka chciała. Moje pierwsze wrażenie nie ma siły uciekać, bo tarza się ze śmiechu. Mogłabym poświęcić ze trzy strony na wytykanie Ci takich rzeczy, ale to chyba raczej praca dla analizatorem, nie dla oceniających.
Ta podstrona jest pierwszym krokiem w stronę jednego, wielkiego NIE dla tego bloga. Mam jednak nadzieję, że to co najważniejsze, czyli treść, nie będzie wiało absurdami, czego jakoś zaczęłam się obawiać, i pokażesz mi, że potrafisz zrobić z niczego.
„Lubi wywierać w innych poczucie winy.” – Wywierać to można na innych presję, ale poczucie winy to raczej się wywołuje.
„Jej życiowym celem jest odnalezienie starodawnej Steli, która daje almightianom z przesileniem na nefilim - którym akurat jest Jasmine - wręcz bezgraniczną władzę i moc. Nie ma oczywiście wobec niej żadnych złych zamiarów - chce ją odpowiednio zabezpieczyć, aby nie wpadła w niepowołane ręce.” – Podkreślone części tego akapitu jakoś szczególnie mnie ubawiły. Niestety, im więcej analiz czytam, tym więcej wymagam od autorów. Więcej profesjonalności, mniej absurdów. Więcej myślenia, mniej pisania tego, co akurat przyjdzie do głowy. I mówię to odnośnie całości, a nie tego konkretnego fragmentu.
„„Nathaniel był rozpoznawany z dwóch powodów - przez swoją odmienną orientację seksualną oraz przez nietuzinkową bezczelność i awanturniczość.” – Zdanie miałoby sens, gdybyś dodała, że chłopak chodził z jaskraworóżową tabliczką z napisem GEJ, która oznajmiałaby innym jego orientację.
„Nie brak mu energii i papierosów, zarówno w dobrym, jak i złym kontekście.” – Chyba nie rozumiem, co chciałaś mi przekazać, droga Autorko. To już ostatnie przytoczone tu przeze mnie zdanie z tej podstrony, bo jeszcze narobię smaka analizatorkom.
Autorka. Skromność jest cechą ludzi wielkich. Podobno.
Playlista. Niedopracowana. To miło, że chciałaś się podzielić z czytelnikami piosenkami, które Cię inspiruję, ale śmiem wątpić, czy komukolwiek będzie chciało się słuchać tych kawałków. Ja osobiście, kiedy nie pojawił się link w tytule piosenki, stwierdziłam, że aż tak bardzo mnie to nie interesuje.
Cytaty.  No… Oryginalny pomysł.
Spam. Nareszcie coś konkretnego.
Linki. Jedna uwaga: Byłoby lepiej, gdyby odnośniki otwierały się na nowych kartach.
Blog. Kilka ciekawostek i informacji. I kolejna uwaga. Nie wszystkie wydawnictwa zgadzają się na publikowanie treści, które wcześniej były gdzieś udostępniane. Chociaż jako Pisarka powinnaś to wiedzieć.
Za szablon 7/10, podstrony 2/5.
9/15

Treść
Trzynaście rozdziałów plus prolog. Z tego co już zauważyłam nie robisz błędów praktycznie wcale. Jedynie tu i ówdzie jakieś przeoczenie, które można wyłapać po ponownym przeczytaniu tekstu. Przeczytam więc, co stworzyłaś, i dopiero po lekturze odniosę się do całości. Mam nadzieję, że nie będę rozczarowana, bo zapowiada się nie najgorzej.
„Zapytana odpowiadała zawsze, że ów znaki są jej własnym pomysłem.” (Rozdział 1) – owe znaki.
„Przez twarz zielonookiej kotki przemknął wyraz satysfakcji.” – Też bym się przestraszyła, gdyby okazało się, że mój kot ma twarz. Gwoli ścisłości, koty mają pyszczki.
„Miała na sobie wąskie jeansy i błękitny sweterek, który gładko otulajął jej smukłą figurę.” (Rozdział 2) – Ten sweterek robił co?
„Wpadłam do mieszkania z nadzieją, że rzucę się na łóżko i zasnę, pozostawiając chodź na kilka godzin życie świata własnemu biegowi.” – Idę! Obawiam się, że w tym miejscu ten czasownik nie pasuje. Wiele osób popełnia ten błąd i źle zapisuje to, co powinno wyglądać tak: choć.
„którego większa połowa znalazła się w misce” (Rozdział 9) – Połowy są równe.
A więc… Nie jest źle, moja droga, ale szału również nie ma. Co mi się podoba? Spokojne, umiarkowane tempo akcji. W każdym rozdziale dowiadujemy się czegoś nowego; do naszej układanki wskakuje nowy element, który pozwala na powolne układanie obrazka w całość. Widać, że masz pomysł i dążysz do jak najlepszej jego realizacji. Jesteś bardzo kreatywna i oryginalna. Jeszcze nie spotkałam się z opowiadaniem o takiej tematyce. Co mi się nie podoba? To, że w każdym rozdziale Lizz kogoś podsłuchiwała. Raz czy dwa – rozumiem. Ale w każdym rozdziale? To się zaczęło robić mocno naciągane. Irytujące było również to, że na początku co rusz ktoś poprawiał sobie rękaw bluzy, ale tego na szczęście się pozbyłaś w późniejszym etapie. Poznałaś na weselu matki przystojnego faceta, który powiedział ci, że możesz mu się wygadać? Opowiedz mu historię swojego życia i nie zapomnij wspomnieć, że rozwiązujesz zagadkę, w której istnienie nikt nie wierzy. W końcu kto normalny uznałby cię za wariatkę? Na pewno nie te dwie urocze Japonki, którym również o tym opowiedziałaś. Po oczach bije mnie również przesadne okazywanie sobie uczuć przez Natha i Radforda. To jest po prostu zbyt słodkie, zbyt urocze, zbyt niemożliwe, zbyt kawaii, żeby być prawdziwe. Dlatego ja na ich związek patrzę z przymrużeniem oczu. I jeszcze ta scena przed wylotem do Oslo. Nie wiem jak oni, ale bym się dziwnie czuła, gdyby ktoś się na mnie gapił w takiej sytuacji.
Podsumowując: Nie rozczarowałam się. Opowiadanie może i jest miejscami naciągane, jakby autorce brakło pomysłów na dalszy rozwój akcji (przykładowo to ciągłe podsłuchiwanie w celu zbierania informacji), i  nieco niedopracowane, ale widać, że jest przemyślane.
Miałam na coś jeszcze zwrócić uwagę, ale zapomniałam. Jak sobie przypomnę, to napiszę.
30/40

Bohaterowie
Proponuję Ci wywalić podstronę z opisami bohaterów, bo są one zupełnie niezgodne z tym, co przedstawiasz w opowiadaniu. Ja osobiście najpierw lubię grzebać po zakładkach, a potem dobierać się do treści właściwej. I taki opis bohaterów, jaki przedstawiłaś, sprawiłby, że bez zastanowienia opuściłabym Twojego bloga i nie wiedziałabym, co straciłam.
Elizabeth Kaviste – wciąż kogoś podsłuchuje. Młoda detektyw, która rozwiązuje zagadkę zostawioną jej przez ojca. Ciekawa postać. Chociaż nie nazwałabym jej niewrażliwą egoistką, skoro tak bardzo martwi się o swoją przyjaciółkę. Dlatego proponuję przemyśleć podstronę o bohaterach, a najlepiej w ogóle się jej pozbyć. Jej nietuzinkowości też jakoś nie widzę. Jest normalną – jak na kogoś, kto nie wie, kim dokładnie jest – osobą, dociekliwą, ciekawską, żądną poznania prawdy. Wierna swoim bliskim, gotowa do walki, gdy chodzi o ich bezpieczeństwo i życie. Ogólnie to ją polubiłam.
Radford Brownese – szmaragdowooki gej. Uroczy chłopaczek, w dodatku skrywający wiele tajemnic. Nie wiem, co mogłabym jeszcze napisać, żeby zbyt wiele o nim nie zdradzić. Powiem więc tylko, że trudno go nie polubić. Może jest trochę zbyt idealny, ale to jedyne, co można mu zarzucić.
Nathaniel Woodly – jak nie usuniesz zdjęcia Alexa, to cię zabiję. Nie no, żartuję. Ale Alex naprawdę nie pokrywa się z moim wyobrażeniem o Nathanielu. Nathe jest słodką przylepką, która ciągle chodzi przyczepiona do Radforda. I właściwie dla mnie jest on tylko cieniem Rada, który ciągle by się z nim obściskiwał.
Jasmine Masite – ta to dopiero ma wiele tajemnic. Najlepsza przyjaciółka Lizz, cicha, spokojna, ale potrafi pokazać pazurki. Nie przypadła mi zbytnio do gustu, była trochę taka nijaka i łatwo wtapiała się w tłum innych postaci. Mimo wszystko jednak to właśnie dla niej Lizz gotowa jest przemierzyć Kosmos.
Jess, Jeff, Jessica – cudowne trojaczki, z włosami godnymi Geralta. Jess i Jeff to spoko goście. Tacy zimni, nieczuli, ale czasem łaskawie zrobią coś dla innych. Jessica za to trzyma ich w ryzach.
Jest jeszcze Fabian, Vanessa, Tamitaya, Patrick i inni. Ale oni niespecjalnie zapadli mi w pamięć, poza tym, że Fabian jest gejem, a Vanessa i Tamitaya to lesbijki. I te dwie panie są złe. A Patrick też. I jeszcze Casper.
8/10

Pomysł
Oryginalny, to muszę przyznać. Spotkałam się z opowiadaniem, którego akcja dzieje się gdzieś w Kosmosie, ale nigdy z takim. Co tu dużo mówić – masz rozwiniętą wyobraźnię, dla której chyba nie ma granic. Stworzyłaś całkiem nowy świat, w którym realność przeplata się z fantastyką, w którym trudno oddzielić to, co prawdziwe, od tego, co jest kłamstwem. Podziwiam Twoją pomysłowość i łatwość, z jaką wprowadziłaś całkiem nową planetę do naszej części Wszechświata. Może i nie jest to jeszcze do końca dopracowane i będziesz musiała jeszcze sporo nad tym popracować, ale warto.
O fabule chyba już coś wspominałam. Jest rozbudowana, nie ogranicza się do głównej bohaterki i jej zagadki. W międzyczasie jej matka wyszła za mąż, a pozostali bohaterowie przeżywali swoje rozterki i radzili sobie ze swoimi problemami.
Podoba mi się
13/15

Podsumowanie
Już wiem, o czym miałam wspomnieć. O relacjach Nathaniel-Elizabeth. Są dziwne. Tu droczą się i śmieją jak najlepsi przyjaciele, żeby po chwili ganiać się po parku. A w efekcie Nath ma złamaną rękę. Potem trochę to sprostowałaś, pokazując ich dystans do siebie i słowne przepychanki, ale nadal mi się wydaje, że oni są bardziej przyjaciółmi niż przeciwnikami.
Podsumowując: Szału nie ma, za to jest potencjał. Siedzi tak na wpół zakopany i trzeba by go odkopać. Po zapoznaniu się z zakładką o bohaterach miałam ochotę uciec z tego bloga i nigdy nie wracać, jednak dobrze, że tego nie zrobiłam. Dlatego ostatni raz apeluję, żebyś usunęła tę podstronę. Albo przynajmniej totalnie ją zmieniła. Opisy powinny się zgadzać z rzeczywistym stanem rzeczy i zachęcać do czytania, a nie ośmieszać bohaterów.
Proponuję jeszcze zmienić szablon na coś bardziej pasującego do tematyki opowiadania.

6/10

Punktów: 71
Ocena: DOBRA (4)

środa, 29 maja 2013

[563] sukcesja-chiyo.blogspot.com

Moja pierwsza ocena nieszablonowa... Troszkę się denerwuję, ale... raz się żyje!




Nie powiem – byłam bardzo mile zaskoczona, gdy ujrzałam, że Chiyo (w mojej głowie TA Chiyo) chce ode mnie ocenę jej bloga. Lekko mnie to zestresowało, ale potem stwierdziłam, że po prostu będę robić swoje niezależnie od autora i tego, jak dobry jest w tym, co uskutecznia.
Dlatego też, wyznając tę zasadę od początku do końca, przystępuję do oceny bloga Sukcesja.
Czytałam orędzie do oceniających i wiem, że adres „Sukcesja” był już zajęty, więc wybrałaś inny… Cóż, na samym początku faktycznie mi to przeszkadzało, bo wyznaję zasadę, że adres bloga to kawałek sukcesu: ma przyciągać uwagę, wyróżniać się na tle innych, być owiany tajemnicą… Potem stwierdziłam, że Twój adres mimo wszystko ma te cechy. Nie każdy Ciebie zna (choć zdziwiłabym się, gdyby nie znał, obracając się na przykład w światku ocenialni…), więc mógłby uznać, że adres bloga jest zamierzony. Ja jednak odbieram go właśnie jako blog TEJ Chiyo, więc od razu wiem, z czym będę mieć do czynienia. Rozpoznawalny, charakterystyczny i owiany tajemnicą. Wszystko się zgadza!
Spodziewałam się bardzo głębokiego i wnikliwego cytatu na belce, a w zamian dostaję… Kamyk w jeziorze. Piszę to, będąc już po lekturze treści i wiem, o co chodzi, jednakże jestem mimo wszystko zwolenniczką ciekawych cytatów, które stanowią dopełnienie adresu i kawałek wstępu w lekturę całej treści.
Teraz może co nieco o grafice. Szablon niezwykle prosty, niesprawiający jakichś większych problemów. Na blogu panuje porządek, wszystko ma swoje miejsce. Razi mnie jednak, że rozdzielczość nie ta i nieco mi ucina nagłówek na laptopie, jednak gdy czytałam na komputerze stacjonarnym, wszystko było w porządku. To mały defekt, jednak ujdzie w tłumie. Kolorystyka współgra ze sobą, cała szata przyciąga uwagę, nie odstrasza i nie nudzi się.
Nie mam nic więcej do powiedzenia na tematy czysto techniczne, so… Go.
Zaczynamy więc rozmowę o treści. Nie jestem zbyt dobra w pisaniu ocen nieszablonowych, więc wcale się nie zdziwię, jeśli przestaniesz w pewnym momencie rozumieć mój bełkot. Mam tylko nadzieję, że w jakiś sposób pomogę tą oceną. Nawet w minimalnym stopniu taka pomoc to zawsze jakieś osiągnięcie.
Prolog przywitał mnie pozytywnym zaskoczeniem. Może moja wiedza o klimacie indyjskim jest zerowa, ale dzięki Tobie ją nadgryzę, a co za tym idzie – może mi się spodoba! W każdym razie w prologu przyciągnęła moją uwagę rozmowa księcia młodszego z posłem. Gdy poseł opowiedział tę historię, jak miał zostać ogrodnikiem, a za tym kryło się proste przesłanie… Mistrzowsko rozegrane!
Dużo opisów, przede wszystkim nie męczą, wciągają, ociekają szczegółami, co bardzo cenię i lubię. Same dialogi nie męczą. Widać wyraźnie, że znasz się na rzeczy zarówno pod kątem technicznym pisarstwa, jak i znajomości tematu, o którym piszesz.
Lektura zapowiada się wyśmienicie!
W pierwszym rozdziale poznajemy Anavati – domyślam się, że to główna postać całej historii – oraz mistrza Endrasha, który nie spocznie, póki dziewczyna nie osiągnie ogromnego sukcesu. Mamy jeszcze chłopaka – Jesharasa – którego polubiłam, w sumie na razie jedynie z opisów, bo nie było go zbyt dużo w tekście.
Podobają mi się te intrygi, knowania – widać, że każda akcja musi wywołać odpowiednie reakcje, a co za tym idzie, falę różnorakich następstw. Jednak jakich, z pewnością przekonam się wraz z postępem w czytaniu.
Twoje opisy są mistrzowskie, jak ja – szara myszka – mogę oceniać taki majstersztyk?! Powinnam się od Ciebie uczyć, serio!
Podobają mi się mądrości mistrza Endrasha – przemawiają do mnie, widać w tym sens. Cała ta sytuacja z Jaimą była dla mnie ogromnym zaskoczeniem, tak samo jak to, że dziewczyny zaczęły się przepychać. Sama idea pojedynków bardzo mnie zaciekawiła – przedstawiłaś to bardzo szczegółowo, dzięki czemu mogłam to sobie wyobrazić, a co więcej – zapragnęłam lepiej poznać kulturę indyjską.
Przez cały pojedynek gorąco liczyłam na to, że Anavati wygra, więc jakież było moje zdziwienie, gdy tak się nie stało! Można by powiedzieć, że byłam tak samo przepełniona wzburzeniem, jak Anavati. Ale, oczywiście, mistrz Endrash uspokoił jak i ją, tak i mnie. Przez ten tekst przemawia ogromna mądrość, co nieco mnie onieśmiela i nakazuje inaczej patrzeć na teksty, które oceniam, jak i sama piszę… Respect, że tak to ujmę.
Poznajemy kolejnych bohaterów historii, choć sądziłam, że całość zamknie się na intrydze z prologu i na Anavati, a tu proszę – Upasna. Nadal nie mogę przyzwyczaić się do jej imienia, jest cholernie dziwne! Ten Aran mnie zaciekawił, mam cichą nadzieję, że będzie mieć większy wpływ na historię, a co dalej – zobaczymy. Na razie nie wyrobiłam sobie o nich zdania, ale miło jest patrzeć na tak kontrastujące ze sobą postaci pod względem nie tylko wyglądu, ale przede wszystkim charakteru – to widać na pierwszy rzut oka, choćby i z dialogów, co jednoznacznie może nam powiedzieć, że dobrze wykreowałaś postaci.
Podoba mi się Twój sposób przedstawiania tej historii – dwa różne światy, których życie toczy się równolegle, podkreślając kontrast pomiędzy nimi. Anavati – dziewczyna, która chce spełnić marzenia i wspiąć się na szczyty kariery. A także Upasna – dziewczyna, która wcale a wcale nie czuje się kobietą, a bogowie chyba zapomnieli o niej, gdy rozdawali różne umiejętności…
Nieco zdziwił mnie sposób, w jaki zostało przeprowadzone całe swatanie. Owszem, widać było na pierwszy rzut oka, że para ma się ku sobie, jednak… zabrakło mi opisania pewnej rzeczy, która nieco mnie razi i psuje cały obraz tego wątku. Otóż… Dziewczęta swatają Hinati z Madialu, a gdy już się przekonują, że oni faktycznie coś do siebie czują, od razu przechodzisz do wątku ślubu. A gdzie tu akceptacja ze strony pary? Gdzie to zaskoczenie z ich strony, gdy rodziny oznajmiają im, że mają wziąć ślub… Nie wiem, może to kwestia mojej nieznajomości klimatów, ale po prostu to wygląda tak, że postawiłaś nas już przed faktem dokonanym. Od tekstu zieje dziura. Mamy swatanie i mamy ustalanie ślubu, nic pomiędzy, co zwróciło moją uwagę raczej nie w ten pozytywny sposób.
Tak jak myślałam, postanowiłaś przeplatać historię Upasny i Anavati, by w kulminacyjnym momencie w jakiś sposób ją połączyć. W jaki? Na razie nie wiem, ale mam nadzieję, że już niedługo się dowiem, bo historia zaczęła mnie wciągać bez reszty. Zwłaszcza że mistrz Endrash w końcu wykonał swój ruch względem związku Anavati z Jesharasem.
Trochę rażą mnie kolokwializmy, jakich zdarza Ci się czasem użyć w tekście. „Kiczowaty”, czy też „Wiało od tego nudą na setki kilometrów” – w moim odczuciu nie pasuje to do… klimatu powieści, jaki stworzyłaś do tej pory. To nieco kole, gdy piszesz tak mądre motta, jakimi nam sypnął mistrz Endrash w szóstym rozdziale, aż tu nagle wkrada nam się tekst, że coś jest kiczowate. To moje odczucie, ktoś może się z tym nie zgadzać, jednak… po prostu zwróciłam na to uwagę, bo uważam, że mimo wszystko psuje ten egzotyczny klimat powieści.
Nie spodziewałam się  t a k i e g o  obrotu spraw. Że ojciec Upasny będzie mieć wypadek, że poprosi o taką pomoc znachorkę… Jednak mimo wszystko widać, że dziewczyna dorasta. Idealnie pokazałaś poprzez ten wątek, jak niekiedy bardzo ciężkie sprawy mają ogromny wpływ na życie człowieka – jak zmieniają się, podejmują decyzje, na które nie zgodziliby się jeszcze kilka miesięcy wcześniej.
Z kolei u Anavati także pokazałaś, jaki wpływ na życie ludzi mają poniesione porażki – nie tylko zawodowe, ale też sercowe. Aż zżera mnie ciekawość, co też Endrash nagadał temu chłopaczynie, że zrobił się taki zimny i oschły wobec niej… I jestem ciekawa, czy dziewczyna dowie się, co jej mistrz wykonał… Choć potem dowiadujemy się, że Anavati została doceniona przez samego księcia młodszego! Co, coś czuję, także narobi niezłego bałaganu w życiu studentki.
Pierwsza część, choć z początku w moich oczach bardzo sceptycznie odebrana, tak teraz wciągnęła bez reszty i nakazała czym prędzej doczytać drugą część, która, mam nadzieję, odpowie mi na wszystkie pytania, które sobie zadaję po lekturze „Piórka na wietrze”.
„Kamyku w jeziorze” – nadchodzę!
Coś nam się zaczyna klarować – w końcu mamy połączenie wątku Anavati i książąt, co mnie niezwykle ciekawiło już od ujrzenia prologu. Coś mi się zdaje, że to będzie grubsza, większa sprawa, choć szkoda mi Anavati. Polubiłam księcia Hamaren, tak trochę mnie razi jego… bezwzględność w dążeniu do zdobycia tronu. Ale… to nadaje historii tej ciemniejszej strony, która jest o wiele ciekawsza niż nudne romansidło!
Braciszek następca jednak nie jest taki głupi, za jakiego go początkowo brałam. Myślę, że Hamaren tak łatwo nie wygra, ba! – może to nawet przegrać, co wydaje mi się być nader ekscytującą opcją. Ale nie chcę gdybać, jak na razie akcja zaczyna nabierać tempa, niektóre wątki powoli zaczynają się klarować, a ja chcę jak najszybciej poznać, co będzie dalej!
Powiem szczerze, że przeżyłam lekki szok, gdy książę dziedzic stał się na tyle otwarty, by pocałować Anavati, tudzież Kajrahę i zaproponować to wszystko. A jeszcze większy szok przeżyłam, gdy wywiązała się ta głośna rozmowa między mistrzem Endrashem a Anavati. Nie spodziewałam się, że ją uderzy, tak samo jak nie spodziewałam się, że ona potrafi być aż tak wybuchowa. I potem… Rany, Endrash to niezłe ziółko! Żeby tak wprost dziewczynie mówić, że spanie z księciem w zamian za karierę to żaden problem… Chore, chore, chore!
Myślę jednak, że Anavati odegra w całej historii jakąś kluczową, ważną rolę, choć szkoda mi jej niezmiernie, bo wpadła w sidła czegoś większego – gry o tron – a po sadze Martina doskonale wiemy, że to bardzo brutalna gra.
No to się porobiło… Jayanarya zaszalał i nie czeka na dodatkowe zachęty, tylko od razu przechodzi do rzeczy, choć nie powiem, gdy objął ją od tyłu w pasie, było to na swój sposób słodkie, zwłaszcza że wyobraziłam to sobie w głowie. Jednak nadal bardzo żal mi Anavati. Seks nie może być kartą przetargową do czegokolwiek, to okropne, straszne i w ogóle… Ale wiem też, że takie jest życie i czasami tak już po prostu bywa.
Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie pozostałe kochanki księcia. Traciłam już nadzieję na jakąś normalność wśród przepychu pałacu, a tu proszę! – takie coś! Myślę, że Anavati ma szczęście i nie zwariuje w tym pałacu wariatów, jednak nadal staram się główkować, jaką rolę odegra jej obecność tam, z czego bardzo rad jest książę młodszy. Bo to, że książę dziedzic chce ją w łóżku, to już wiemy, jednak o co tamtemu chodzi?
Przekonajmy się.
Myślę, że wszystko zaczyna się układać w konkretną całość. Pokazałaś też klasę pisarstwa: sprawiłaś, że każdy zdążył polubić księcia dziedzica, podczas gdy okazuje się, że mimo wszystko facet nie jest tak dobry jak wszyscy sądzili. Zmiana o sto osiemdziesiąt stopni. Choć przyznam, że moment, w którym Jayanarya przyszedł pijany do Anavati był jednym z tych przełomowych, gdzie naprawdę go polubiłam i stwierdziłam, że w porządku z niego gość.
Zemsta. Anavati planuje się zemścić, a coś mi się zdaje, że nie skończy się to za wesoło.
I Hamaren… Po trupach do celu – to jego dewiza na życie. I pomimo tego coś nadal nakazuje mi go lubić. Chyba pierwsze wrażenie, jakie na mnie zrobił, nadal się trzyma.
Och, w końcu Upasna! Już myślałam, że o niej zapomniałaś!
Gdybyś mogła zobaczyć moją minę po przeczytaniu kolejnych części… Rany, nie spodziewałam się, że aż tak drastycznych kroków podejmują w haremach, by nie mieć dzieciaków… Pomijając już mój szok, genialnie to opisałaś – bardzo naturalnie, tak jak jest w rzeczywistości. I to mi się podoba, bo nie krążysz wokół l tematu, nie starasz się jakoś zamaskować drastyczności, tylko od razu walisz prosto z mostu, co jest dobre.
Przez cały rozdział głowiłam się nad tym, czym u licha ciężkiego jest rehne. I gdy już traciłam nadzieję, by się tego dowiedzieć, w końcu doznałam olśnienia za pomocą dalszej lektury! Utrzymałaś niezłą aurę tajemniczości wokół rehne, ja niemalże pochylałam się nad ekranem, byleby jak najszybciej poznać odpowiedź, choć podświadomie domyślałam się, co to może być. I się nie pomyliłam. Ale samo oczekiwanie na odpowiedź sprawiło, że nie potrafiłam się oderwać od komputera. Świetne budowanie napięcia!
Od „chmur i obłoków” wprowadzam też sprawdzanie błędów, może coś uda mi się znaleźć.
1)      Tak niewiele wiedzieli o sobie nawzajem, ludzie z Reve’nante o narodach Caldeni i narody Caldeni o nich, że jedni przypominali drugim obce byty spoza wszystkiego, co znane.” – przed „co” powinien być przecinek.
2)      „Znalazłszy się za drzwiami, dziewczyna zdjęła chustę, po czym odetchnęła głęboko.” – zjadłaś słowo.
3)      — Nie będę ci kłamał — rzekł wreszcie, pozwalając sobie na westchnięcie — Nie mam pojęcia.” – Albo stawiamy kropkę na końcu zdania narracyjnego, albo wybieramy opcję bez kropki, tyle że „nie” piszemy wtedy z małej litery.
4)      — Kim jesteś?! — Jayanarya złapał się za głowę; dźwięk przewracającej się fajki poniósł się echem, do wtóru głosu.” – zbędny przecinek
5)      Ciało spowijała bezkształtna, ciemna szata, ale po sposobie, w jaki zwisała z ramion i w jaki układała się dookoła ciała – tak, dookoła, z pewnością nie dotknęła żadnego kawałka skóry poza karkiem i ramionami – domyślił się, iż pod spodem znajdował się ktoś niezwykle szczupły, może wręcz chudy. Z pewnością nikt o kształtach bujnych ani nawet dziewczęcych.” – powinien być przecinek po „sposobie”.
Och, to działanie rehne jest bardzo paskudne, ale w końcu doszukałam się w treści tej powieści elementów fantastycznych! Bo gdzieś tak w połowie zaczęłam się zastanawiać, gdzie tu u licha jest fantasy? A tu proszę, takie halucynacje to gorsze niż po grzybkach! Przynajmniej nie goniły go różowe truskawki z tasakami po kuchni, jak kumpla mojego kolegi…
W każdym razie coraz bardziej podoba mi się postać Adshrena, tudzież Endrasha. Z jednej strony człowiek zaczyna go lubić, potem sprawiasz, że człowiek ma ochotę go zadźgać tępą łyżką, a następnie znów czytelnik ma ochotę uściskać tego gościa za jego dobroć, mimo że jest w to wszystko wplątany. To chyba aktualnie moja ulubiona postać.
1)      Hamaren złożył listy i odłożył je na bok, na osobną kupkę, która nie była ani sprawami do załatwienia, ani sprawami, którymi już się zajął.” – zabrakło przecinka przed „którymi”.
2)      Pomogę ci nie wpaść z deszczu pod rynnę — powiedział podczas ich ostatniego spotkania w Akademii.” – zjedzona literka.
Został przede mną jedynie epilog i mam bardzo mieszane uczucia, bo czegoś zabrakło mi w tej historii… Rozwinięcia wątku Upasny – to na pewno, jest cholernie niedokończony, bo skupiłaś się głównie na Anavati i sprawie przejęcia władzy przez Hamarena… Sama akcja z rehne była… fajnie poprowadzona, ale rozwiązana jakoś… prosto, bez elementu zaskoczenia, jakoś nie powaliło mnie na kolana.
Może rozpiszę się na ten temat po skończeniu czytania epilogu…
1)      Szli dróżką wiodącą na tyły pałacu, gdzie znajdował się wysoki na piętnaście metrów marmurowy podest, gdzie od pokoleń palono królów Tali oraz ich najbliższych.” – chyba trochę niezamierzone powtórzenie, jak mniemam. Nie brzmi jak zamierzone w każdym razie.
2)      „Chyba najważniejsze, aby myśleli, że nie żyje.” – przecinek przed „aby”.
3)      „No wiesz, ludzie rodzą się i umierają, jedni są synami królów, a inni rolników.” – przecinek przed „a”, to nie porównanie.
Okej, sam epilog także już za mną i, niestety, nadal mam mieszane uczucia. Może nie tak bardzo jak przed, ale nadal mnie nie opuszczają. Dlatego zastanowiłam się głębiej, dlaczego tak się stało i co sprawiło, że polubiłam Twoją historię, jednak nie pokochałam jej całym sercem.
Gdy czytam naprawdę świetną powieść – nie musi być koniecznie książką, bo wszyscy dobrze wiemy, że nie wszystkie książki powinny ujrzeć światło dzienne na półkach Empiku, ale też powieści na blogach, odczuwam ekscytację, coś mnie od środka nakręca, napędza własną wenę twórczą. A gdy skończę czytać, mam ochotę powiedzieć na głos: „ o ja pierdolę, to było coś!”. Tutaj… Była ekscytacja, było napięcie, ale… pod koniec to wszystko gdzieś uleciało. I nie za bardzo wiem, gdzie to polazło, bo do pewnego momentu wszystko układało się wyśmienicie, ja wychodziłam z siebie i stawałam obok, byleby tylko móc wiedzieć, co będzie dalej, ale gdy przyszedł czas rozwiązywania akcji, czar prysł. Gdzieś zniknęło to przysłowiowe pierdolnięcie, które powinno towarzyszyć rozwiązaniu zagadki. Tutaj… Tego nie było. Odniosłam wrażenie, że czytałam tekst, żeby czytać, bo przecież ja już wiedziałam, co się stanie, jak to się skończy i… to nie było fajne. Może gdybyśmy nie znali tego punktu widzenia Upasny, gdy Anavati przyszła do niej po rehne, coś by to zmieniło.
Pomimo epilogu nadal odczuwam chorobliwą małość rozwinięcia wątku Upasny. Troszkę za mało jej było w dalszych częściach, a więcej Anavati. Jeżeli zdecydowałaś się na pokazanie też jej historii, powinnaś napisać więcej, bo odczuwam to tak, jakbyś ją wykorzystała tylko do rehne i porzuciła, wspominając ponownie w epilogu, żeby się czytelnicy nie czepiali i tyle.
Co można Ci przyznać, to milion niewiadomych po lekturze całej historii. Myślę, że kontynuacja będzie najwłaściwszym rozwiązaniem tej powieści, bo zostawianie tego tak jak jest teraz byłoby dużym… nietaktem z Twojej strony. Na ten przykład może… Jak wyglądało dalsze życie pozostałych kobiet haremu, jak się powiodło Endrashowi, co z Jesharasem i Anavati, co z Upasną, Aranem, co z księciem niedoszłym dziedzicem i pozostałymi osobami z haremu, które zostały z nim w chwilach… warzywnictwa… Okej, to zabrzmiało głupio! W każdym razie znalazłabym jeszcze kilka mocnych, choćby i związanych z Hamarenem, więc myślę, że powinnaś poważniej się zastanowić nad takową możliwością.
Co więcej, tekst jest naprawdę zadbany – widać, że dużo dla Ciebie znaczy, był na pewno wiele razy poprawiany i nadal wiem, że szukasz błędów, by móc potem to wydać. Myślę, że odwaliłaś kawał dobrej roboty, bo czytanie tak poprawnego technicznie tekstu stało się dla mnie ogromną przyjemnością i w pewnym momencie przestałam zwracać uwagę na błędy, choć powinnam je wyłapywać! Musiała się wracać i sprawdzać, czy czegoś nie przeoczyłam, a to znak, że tekst naprawdę mnie wciągnął, był dobry i wart Tylku przesiedzianych przed komputerem godzin.
Ogółem pomysł bardzo przypadł mi do gustu przede wszystkim ze względu na oryginalność, której Ci nie brakuje. Bądźmy szczerzy: pierwszy raz w życiu spotykam się z taką tematyką w powieści, w ogóle na blogach. Nigdy w całej mojej karierze blogowicza nie spotkałam się z klimatami Wschodu. Od samego początku do końca czytałam w ogromnym zaciekawieniu, chcąc lepiej poznać te klimaty, tę kulturę, obyczaje… To była naprawdę fajna przygoda!
Znając mnie, zapomniałam o połowie rzeczy, które chciałam Ci przekazać, więc prostszą sprawą będzie zachęcenie Cię do otwartej rozmowy na temat tej oceny, by rozwinąć dany aspekt poruszony przeze mnie tutaj. Jeżeli coś mi się przypomni, pewnie dopiszę, jednak teraz przejdę do pozostałych punktów oceny, które mi pozostały.
Teraz zostały już tylko podstrony i podsumowanie.
Rzekłabym, że tego niby jest mało, ale jednak sporo. Skrzętnie ukryłaś spore menu pod linkiem o tej samej wdzięcznej nazwie, gdzie każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego. Ja na ten przykład uwielbiam wręcz zaglądać do linków, by sprawdzić, co dany autor lubi czytać w wolnej chwili. Wszystko ma swoje miejsce, widać, że zadbałaś o część techniczną treści: nic dodać, nic ująć.
Myślę, że czas zakończyć tę ocenę. Sama odczuwam do siebie pewną złość, bo zdaję sobie sprawę, że… ta ocena nie była wspaniała, nie była dobra i na bank zawiera w sobie jakieś błędy, których ja nie zdążyłam wychwycić w czasie pisania. Mam tylko małą nadzieję, że w jakiś sposób pomogłam: inaczej spojrzeć na historię, przemyśleć temat, zwrócić uwagę na rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałaś. Innymi słowy: w minimalnym stopniu na cokolwiek.
Nie czuję, żebym zmarnowała ten czas, jak wiele razy czuję, oceniając gorsze blogi. To była wspaniała lektura, dała mi sporo do myślenia, pokazała coś nowego i zachęciła do poznania innych kierunków. Myślę, że wiele autorów powinno brać z Ciebie przykład i dbać w ten sposób o historię, o bloga, o część techniczną. W pewnym stopniu pokazuje to profesjonalność podejścia do tematu.
Cóż mogłabym rzec: dziękuję, że dałaś mi możliwość poznania Twojego pisarstwa, Twojej historii, Twoich bohaterów. I oby do następnego!

Ocena: bardzo dobry (5)

***

W szkole zaczyna się powoli uspokajać, ocenę pierwszego bloga z kolejki powoli kończę, więc spokojnie! - jest dobrze :)